Chaps do poprawki/ Warszawa

W Chaps’ie na początku było dobrze. Lajki i pięciogwiazdkowe noty lawinowo zasypywały facebook’owy profil restauracji, a zachwyceni goście nie szczędzili komplementów, niejednokrotnie porównując ją do tych michelinowskich. To wszystko działo się raptem po kilku miesiącach obecności Chaps’a na kulinarnej mapie Warszawy. Zdrowy rozsądek nakazywał podejść do tego z dystansem, choć z drugiej strony – cudowne objawienia zdarzają się także w świecie gastronomii.

chaps

Za stworzenie menu debiutującej restauracji początkowo odpowiedzialny był szef kuchni – Jakub Botta – uczestnik trzeciej edycji programu „Top Chef”. Dania przez niego skomponowane miały zaskakiwać swą nieoczywistością, a elementy kuchni molekularnej spełniać oczekiwania najbardziej wymagających gości. Czy tak było? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Po kilku miesiącach od tego bądź co bądź udanego debiutu postanawiamy odwiedzić Chaps’a, by osobiście przekonać się o niezwykłym smaku serwowanych tutaj dań. Na początku natrafiamy jednak na dość istotny problem. Kiedy przed planowaną kolacją chcemy wyszukać kilka przydatnych informacji na temat lokalu, ten okazuje się być mistrzem konspiracji; menu można otrzymać jedynie za pośrednictwem facebook’a i to prosząc o nie w wiadomości prywatnej. Powiem szczerze, że tego typu praktyki zawsze skutecznie mnie zniechęcają – gość ma prawo znać zarówno menu, jak i ceny poszczególnych dań, a restauracja nie powinna tego utrudniać, chyba że zależy jej by podkreślić swą ekskluzywność, pokazując tym samym, że nie jest dla wszystkich. Decydujemy się jednak dać jej szansę. 

chapsre

Źródło: https://web.facebook.com/chapskabaty/?fref=ts

Kiedy wchodzimy do restauracji w progu wita nas uśmiechnięty Pan Kelner – i tu zaskoczenie –  w ten sobotni, letni wieczór poza nami nie ma nikogo; jak się okazuje ma to jednak swoje plusy – obsługa bardzo szybko spostrzega naszą gotowość do złożenia zamówienia. Menu jest krótkie, proste i konkretne, a przy tym niezwykle urozmaicone (za to duży plus). Do wyboru mamy kilka przystawek i dań głównych, a także dwie zupy oraz dwa desery. Na początek prosimy o lemoniadę (18 pln), a następnie carpaccio – (polędwica wołowa/ słonina/ ogórek gruntowy/ popiół/ bluszczyk kurdybanek – 37 pln); za namową Pana Kelera decydujemy się również na drugą przystawkę w postaci pomidorów z kozim serem i szczypiorkiem (25 pln). Dania główne to kaczka (marchew/pomarańcza/rozmaryn/sezam – 54 pln), małże św. Jacoba (groszek/marchewka/rzodkiewka – 55pln), królik (kapusta włoska/ ziemniaki/ kurki – 52 pln) oraz risotto (grzyby/trufle – 38pln).

Po złożonym zamówieniu rozsiadamy się wygodnie i czekamy na ucztę podniebienia.

Na stole niemal równocześnie pojawia się zamówiona lemoniada (niestety ze zbyt narzucającym się aromatem bazylii) oraz pierwsze czekadełko, czyli mini chlebki ze smalcem. Smalec jest w smaku nijaki – ot zwykły tłuszcz bez grama ziół chociażby w postaci klasycznego majeranku. Kolejne czekadełko mające pobudzić nasze kubki smakowe składa się z trzech małych kuleczek – arbuza, melona i winogrona, a wszystko to przykryte jest lodową kruszonką. Kolejne pozycja mało zaskakująca, a w smaku nijaka.

chl

Przechodząc do przystawek i dań głównych:

Carpaccio – to najlepsza z serwowanych tego wieczoru pozycji, choć i tu z przykrością muszę stwierdzić pewne niedociągnięcia. Plasterki wołowiny są tak cienkie, że aby móc ich skosztować trzeba zdrapywać je z talerza (włoska zasada im cieniej tym lepiej odebrana była chyba zbyt dosłownie). Wspólnie ze słoniną, popiołem i ogórkiem stanowi to jednak niezwykle aromatyczne połączenie, choć wciąż brakuje podstawowych przypraw takich jak sól czy świeżo zmielony pieprz. 

Wielkim rozczarowaniem okazuje się tak bardzo polecana przystawka z pomidorów i koziego sera. Szczerze mówiąc nie przyszedł mi do głowy żaden racjonalny powód, dlaczego w szczycie pomidorowego sezonu podawana jest jego najgorsza odmiana – prawdopodobnie szklarniowa – nietknięta słońcem, mało słodka, wodnista, po prostu niesmaczna.

kozi

Risotto – przebijąca słodkość risotto całkowicie zabija smak grzybów; za króliczym mięsem nie przepadałam nigdy, więc o nim nie powiem zbyt wiele; w opinii moich towarzyszy było to jednak najlepsze danie główne. Sugerowałabym jednak zmienić sposób opiekania ziemniaków – chętnie przypomniałabym sobie aromat tych pieczonych w ognisku, nie zaś kuchennym palnikiem.

krol

Małże św. Jakoba (tak, tak – Jacoba, nie Jakuba – brzmi bardziej światowo) – pięć sztuk za 55 pln to chyba lekka przesada, tym bardziej, że poza nimi na talerzu nie znajdziemy nic innego, konkretnego. Smak nie zachwyca, a podczas przygotowania przegrzebków w całej restauracji rozchodzi się niezbyt przyjemny, dość drażniący rybi zapach.

mal

Pierś z kaczki przygotowana na krwisto w smaku przypomina wątróbkę. Pominę fakt, iż nie zostałam poinformowana o stopniu jej wysmażenia, choć doceniam, iż kucharz zdecydował się przyrządzić ją w sposób, który w Polsce jest niezwykle mało popularny, zaś we Francji stanowi klasykę, czyli magret de canard.  Zaskakujący element dania – marchewka al dente obtoczona w sezamie kradnie moje serce.

ka

Chaps to miejsce, która rozczarowuje. Niestety. I trochę oszukuje – na cenie i jakości. Kulinarne wyobrażenia przygotowujące na istny karnawał smaków, nie znajdują pokrycia w rzeczywistości – zamiast Rio, mamy Pcin Dolny. Nie ma objawienia i nie ma zaskoczenia.

MOJA OCENA:

ocena

Informacje dodatkowe:

Adres: ul. Wańkowicza 1, Warszawa

RESTAURACJA ZAMKNIĘTA NA STAŁE

Chaps Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato

eatandlove

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.