DLACZEGO ZACZĘŁAM MORDOWAĆ SAŁATY

Na początku muszę wyjaśnić jedną bardzo ważną rzecz – nie jestem ani weganką ani wegetarianką. Nie jestem także na żadnej specjalnej diecie – po prostu pewnego dnia postanowiłam zmienić styl życia i odżywiania, nie opowiadając się jednak za żadną ze stron. 

„Dziecko, to co ty w ogóle jesz?”, „a to możesz zjeść?”, „ale w ogóle nie jesz mięsa?” – te pytania pojawiały się niemal bez przerwy gdy tylko bliscy i znajomi zaobserwowali zmianę w moich nawykach żywieniowych. Czułam się wówczas jak osoba, która po pierwsze zwariowała, a po drugie – której trzeba współczuć jakby właśnie zachorowała na śmiertelną chorobę. I właśnie to podejście zainspirowało mnie do napisania tego artykułu.

UWAGA! Jeżeli nie interesuje Cię tematyka zdrowego odżywiania (nie myl z dietą!) nie masz tu czego szukać. Żywię bowiem głębokie przekonanie, że tylko ten kto szuka to znajdzie, kto potrzebuje ten zacznie. Działać 🙂

Ten post nie jest postem motywacyjnym. Nie znajdziesz tu porad, które doprowadzą Cię do sukcesu – mogą jedynie pomóc zrozumieć to czego do niedawna sama nie rozumiałam. 


OD CZEGO TO WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO?


To trochę jak pytanie o to co było pierwsze – jajko czy kura. Trudno powiedzieć. Na pewno złożyło się na to wiele czynników. Jednym z nich był artykuł, który pisałam do gazety Polskie Drogi Gastronomii (przeczytasz go TUTAJ). Zagłębiając się w tematykę zdrowego odżywiania odkryłam na nowo możliwości świeżo zakupionej wyciskarki do warzyw i owoców. W międzyczasie trafiła w moje ręce książka Marty Dymek „Jadłonomia” (gorąco polecam!), a potem „Obfitość” Yotam Ottolenghi – obie traktujące o wegańskiej, jak się potem okazało, pysznej kuchni. Następnie, by uporządkować nieco moją wiedzę teoretyczną, postanowiłam skorzystać z opieki dietetyka – wspaniałej Pani Moniki Hajduk – która do dziś trzyma w ryzach moją niekonsekwencję (ale o tym poźniej). Dzięki temu do dziś obie niezmiennie zaskakujemy się rezultatami mojej przemiany.

Po kilku latach prowadzenia niezbyt zdrowego stylu życia (fast-food’y, totalny brak ruchu) postanowiłam, że czas na zmiany. Dopóki nie spróbowałam pierwszego dania ze wspomnianej już książki Jadłonomia – moje wyobrażenie o smaku bezmięsnych potraw było mniej więcej takie:

Ja miłośniczka tłustej, pieczonej golonki mam porzucić mięso na rzecz warzyw? Mam je jeść i to najlepiej 5 razy dziennie? Jak jakieś zwierzę?

Pierwszy przepis pamiętam jak dziś – Chilli sin carne – było tak pyszne, że wylizywałam po nim garnek. Skoro ta potrawa jest tak dobra – czemu nie spróbować innych? Vegeburger z kaszy jaglanej to moje danie popisowe – niezmiennie robi furorę – zwykle w męskim towarzystwie, bo idealnie pasuje do piwa 🙂

Okej. Przejdźmy zatem do clue sprawy – czy z mojej diety naprawdę wyzbyłam się mięsa?

Z organizmem, jest jak z człowiekiem – przyzwyczaja się do dobrego. Czasami nachodzi mnie chęć, żeby zjeść kawałek krowy albo kurczaka i to jest całkowicie normalne. Szczęśliwie dla mnie hobby mojego taty to przyrządzanie domowej roboty wędlin – odkąd robi je sam – nawet nie spoglądam na te ze sklepowej lady.

Uwielbiam tatara – bo wiem (a przynajmniej mam taką nadzieję), że przygotowany jest z możliwie najlepszej gatunkowo wołowiny.

Nie jest więc tak, że mięsa nie jem w ogóle. Dbam jednak o jakość tego co za chwilę wyląduje w moim żołądku. Jeżeli wiem, że niczego dobrego nie „upoluję” mój organizm nie będzie tego ode mnie wymagał. Na tym polega świadoma niekonsekwencja. Porzucam na chwilę mój weganizm po to, by za chwilę zjeść kawał naprawdę dobrego mięsiwa.

Czy tak samo jest ze słodyczami, fast – foodem i innego typu grzeszkami? Oczywiście. Trudno tu mówić jednak o dbaniu o ich jakość – o ile w przypadku słodyczy byłoby to możliwe – fast-foodów zdrowych nie znajdziemy. Nie unikam ich jednak wcale i to wbrew pozorom stanowi klucz do sukcesu. Świadomość, że mogę, sprawia, że nie chcę – a to wszystko dzięki technice świadomego wyboru.


ŚWIADOMA NIEKONSEKWENCJA I ŚWIADOMY WYBÓR


Prymusem w kwestii zdrowego odżywiania nigdy nie byłam i zapewne nigdy do końca nie będę. Uwielbiam piwo i dobrą pizzę. To czego jednak uczę się od kilku miesięcy to umiejętność świadomego wyboru. Wbrew pozorom nie jest to ani łatwe ani przyjemne, bo walkę toczy się tu z naszym największym (w tym przypadku) wrogiem, którym jest nasz mózg – rozpieszczony do granic możliwości – przygotowany na to, że otrzyma wszystko to o czym zamarzy.

I z mózgiem trzeba postępować jak z dzieckiem – starać się być odpornym na wszelkiego rodzaju wymuszenia, a po drugie – ciągle tłumaczyć i stale czymś go zajmować. Jestem przekonana, że po kilkunastu, a czasami kilkudziesięciu stoczonych bataliach w końcu uda się go wychować.

Niejednokrotnie prowadzę z nim wewnętrzny dialog.

Przecież jesteś zmęczona, miałaś ciężki dzień – należy ci się nagroda. Poza tym zaraz będziesz mijać kebaba, a potem cukiernię z tą pyszną czekoladową muffinką. Nie musisz nic gotować – wchodzisz do mieszkania i od razu masz ciepłe, pyszne jedzenie

Perspektywa przyjemna, co nie? Ale to pójście na łatwiznę – a jak mówi stare (chyba chińskie) porzekadło – szybko i tanio nie może być dobrze. Co zatem proponuję? Drogę trochę trudniejszą, bo na około – jak ze Szczecina do Wrocławia przez Warszawę. Decyduję się na zakupy w sklepie i wtedy świadomie wybieram to na co naprawdę mam ochotę.

Rzecz jasna mózg się nie poddaje „ale zanim zrobisz zakupy w sklepie, zanim wystoisz swoje w kolejce, a potem jeszcze to ugotujesz to miną całe wieki, a twój żołądek zacznie zżerać cię od środka i umrzesz. Z głodu”.  I wtedy zwykle pojawia się dobrze nam znany odgłos burczenia w brzuchu.

Pierwsza zasada – nie idę na zakupy gdy mój mózg jest głodny. Wstępuję do mieszkania i jem chociażby kanapkę. To uspokoi go na jakieś pół godziny – godzinę.  W sklepie wybieram zdrowe produkty, a z nich gotuję zdrowe dania.

Jednym z aspektów „trenowanie mózgu” jest od czasu do czasu pozwolenie na chwileczkę zapomnienia. Chcesz tą muffinkę z Galerii Wypieków? Ok. Dostaniesz. Ale pamiętaj, że jedno takie ciastko i wieczorem spędzisz pół godziny na bieżni, żeby je spalić. Po piętnastu minutach biegu pożałujesz swojej decyzji. Gwarantuję. I kolejnym razem wybierzesz bardziej świadomie.

Kiedyś stojąc przed sklepową półką z chipsami mówiłam do siebie „ooo… Lay’s Barbecue? Wezmę – jeszcze nie próbowałam”. Dziś idę na dział owoców, patrzę na dziwne różowe coś nazwane smoczym owocem i wkładam do koszyka. Bo to ciekawe – nigdy tego nie jadłam. Albo idę na dział ze zdrową żywnością (swoją drogą to niezły paradoks prawda? W całym wielkopowierzchniowym sklepie można znaleźć niewielki dział ze ZDROWĄ żywnością) i wyszukuję to czego nigdy nie jadłam, ale równocześnie mam pomysł jak to przyrządzić albo jak wykorzystać. W ten sposób odkryłam między innymi zielony jęczmień czy prażoną grykę (zdrowszy zastępnik popcornu).

Czy zdrowy sposób odżywania jest monotonny? Zdecydowanie nie. Dzięki niemu poznajemy smaki i zapachy, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

Czy prowadzenie zdrowego trybu życia jest czasochłonne? Nie mniej niż wizyta u lekarza. Dowód poniżej.


JESTEŚ TYM CO JESZ – A POKAŻĄ CI TO BADANIA 


Badanie zwane lipidogramem lub profilem lipidowym jest w stanie powiedzieć wiele o naszym zdrowiu – to czy palimy, czy spożywanie fast-foodów stanowi nasz codzienny rytuał lub czy mamy czas na aktywność fizyczną. Pokazuje również, co najistotniejsze, możliwe zagrożenia (ryzyko chorób układu krążenia) lub szansę na długie, zdrowe życie.

Powyższe badanie wykonałam dokładnie 3 miesiące temu. Już wtedy byłam na etapie dokonywania świadomych wyborów.

Choć poziom ogólny cholesterolu mógłby wydać się dość wysoki nie ma żadnej wartości diagnostycznej jeżeli nie podzielimy go na tak zwany cholesterol dobry (HDL) oraz ten zły (LDL). W moim przypadku poziom cholesterolu dobrego znacznie wykracza poza normę (dla kobiet – 45mg/dl) i wynosi 105 mg/dl co oznacza, że zdrowe odżywianie i aktywność fizyczna procentuje w postaci dobrego zdrowia.

W przypadku złego cholesterolu – ważna jest zasada – im mniej tym lepiej. Mój poziom 58m/dl jest bardzo satysfakcjonujący (u młodego człowieka nie powinien przekraczać 130 mg/dl).


CO ZATEM JEM?


Jogurt naturalny z domową granolą (przepis znajdziesz TUTAJ). W ramach pochwały niekonsekwencji dodaję wiórki ze startej czekolady.

Sałatka a’la sushi – biały ryż (można zastąpić ciemnym) wymieszać z wędzonym łososiem, natką pietruszki, a następnie polać sosem sojowym. Naprawdę pycha.

Mieszanka sałat z pomidorkami cherry, mozzarellą, mieszanką pestek i sezamu; całość polana octem balsamicznym z miodem.

Kanapki z awokado, szynką parmeńską i świeżo zmielonym pieprzem.

I niekonsekwentnie

Najlepsze pierogi z przepisu mojej mamy

Jedna z lepszych pizz w Warszawie

Zdecydowanie najlepszy stek w Polsce – Restauracja Sławkowska – Kraków


PRZEKĄSKI


Deser z domowej granoli, jogurtu naturalnego i kiwi.

Brązowy ryż w miodzie z cynamonem i jabłkami. Do kupienia w sieci Biedronka.

Chipsy z pomidora z bazylią i oregano. Są super chrupiące i przepyszne! Odstraszać może cena – niewielka paczuszka to koszt około 3 zł. Do kupienia w sieci Biedronka.

Fot. blog Puffa 

Jeżeli zainteresował Cię temat zdrowego odżywania daj znać. Mam Ci znacznie więcej do opowiedzenia 🙂

eatandlove

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *