SUKCES WIELKI JAK AIRBUS

Bardzo długo zastanawiałam się czy warto dodawać ten wpis. Choć powstał on już jakiś czas temu ciągle towarzyszyło mi poczucie, że nie jest to dobry moment, że wciąż jest za wcześnie. Szukałam motywacji, aż w końcu motywacja odnalazła mnie sama; a była nią zasłyszana rozmowa dwóch nastolatek. Ich dialog brzmiał mniej więcej tak:

– Słyszałaś, że Aśka założyła bloga modowego?

– No co ty gadasz. Kiedy?

– No z pół roku temu. Ostatnio weszłam na niego i szału nie ma. Spoko ma te ciuchy i zdjęcia, ale obserwuje ją może ze 100 osób.  Komentarzy też za specjalnie nie zostawiają. Ja to bym chyba sobie darowała. 

Kiedy półtora roku temu poinformowałam świat o zamiarze założenia bloga wiele osób gratulowało mi odwagi, jednak w tamtym momencie kompletnie nie rozumiałam (pełnego) sensu tych słów. Oczywiście – zanim kliknęłam „opublikuj” minęło kilkadziesiąt minut – czytanie wciąż tego samego tekstu – początkowo gorączkowe sprawdzanie czy nie popełniłam błędów, a w końcu myśl – „a może sobie darować?”, „a co jeśli to co uważam za interesujące, dla innych będzie nieciekawe i żenujące?”. Ostatecznie jednak klamka zapadła – mój pierwszy post ujrzał światło dzienne 4 lutego ubiegłego roku. I był to bez wątpienia akt wielkiej odwagi.

Posypały się lajki i komentarze pełne uznania, które dały energię do dalszego działania. Endorfiny szalały, a ja czułam się naprawdę szczęśliwa. A potem pojawiła się cisza. Publikowałam kolejne posty i nie działo się kompletnie nic. Śladowy ruch na stronie, a moich wpisów jakby nikt nie widział. Czy chciałam się wtedy poddać? Nie. Bo założenie bloga było pierwszym, najważniejszym krokiem w drodze do spełniania marzeń. Odkryłam wówczas także bardzo ważną prawdę.

Do marzeń dochodzi się przez normalną prozę życia, przez codzienność i mrówczą pracę. Kiedy trzeba wstać o 6-stej rano, żeby „złapać” dobre światło do zdjęć, kiedy spędza się 8 godzin nad jednym postem, bo wciąż nie jest doskonały, albo wyrzuca się kolejne danie, bo przepis na nie jest tak zły, że nigdy bym się pod nim nie podpisała. I bardzo często dzieje się tak, że koniec końców wysiłek ten nie zostaje doceniony. I wówczas powinno pojawić się pytanie – czy naprawdę warto aż tak się poświęcać?

Dotychczasowe doświadczenie pokazało, że w życiu są dwie rzeczy – te które warto, i te które się opłaca. Jednak nie zawsze to co warto się opłaca i podobnie – nie zawsze to co się opłaca, warto. A więc nie opłaca się wydać kilkunastu złotych na zakupy, tylko po to by stworzyć danie, które po kilku godzinach sesji zdjęciowej do niczego się nie nadaje. Ale jak się potem okazuje – warto.

Często w naszym słowniku pojawia się słowo „poświęcenie” – „poświęciłam 5 minut ze swojego życia”, „poświęciłam mu swój czas”, „poświęciłam się dla dobra ogółu” – dla mnie ono zawsze miało wydźwięk pejoratywny i nigdy nie powinno być wypowiadane w kontekście tego na czym nam najbardziej zależy. Jeżeli tak się dzieje – dalsze nasze działanie nie ma sensu. Pozostaje nam albo odpuścić, albo zmienić podejście.

W tym drugim przypadku zaangażowanie to słowo klucz. Niezależnie od tego czy prowadzimy bloga, ćwiczymy na siłowni czy pracujemy nad nowym projektem musimy być zaangażowani. Bo zaangażowanie jest tam, gdzie jest pasja i wtedy gdy mówimy „bardzo chcę”, a nie „bardzo muszę”.

* * *

Kiedy myślę sobie o prawie tysiącu ludzi zgromadzonym w jednym miejscu – myślę sobie „o rany! Przecież taką ilość pomieści największy pasażerski samolot świata. To dużo”. I podobna ilość osób obserwuje mnie na co dzień. Inni mogliby powiedzieć, no tak – ale blog XYZ ma już 20 tysięcy obserwatorów, czyli połowę Stadionu Narodowego, więc to żaden sukces.

Żyjemy w świecie, w którym wszystko musi być szybciej, już, natychmiast – „just now„. Tylko ten, kto ma za sobą potężne grono odbiorców (nie zawsze zdobywane uczciwą drogą) sam jest potęgą. Nie ma czasu na cierpliwość i nie ma czasu na jakość. Ja postanowiłam iść nieco inną drogą.

Dla mnie to co dotychczas osiągnęłam ma ogromną wartość i mówię o tym z perspektywy osoby początkującej. Cieszę się z każdego wyrazu sympatii – polubienia, komentarza czy w końcu nowej osoby decydującej się na dołączenie do grona obserwatorów. Cieszę się także, że to co robię niezwykle mnie rozwija. Praca z blogiem uczy bowiem odpowiedzialności, zaangażowania i cierpliwości, a także ciągłego dążenia do doskonałości. Każdy kolejny post, każde kolejne zdjęcie musi być tak samo dobre, jak nie lepsze od poprzedniego. Nie można zejść z poziomu, który się osiągnęło, bo za szklanym ekranem są ci, którzy liczą na to, że otrzymają tą samą jakość.

Zdecydowałam się na opublikowanie tego postu, bo być może wśród Was znajduje się ktoś komu brakuje odwagi. Ktoś kogo ogranicza wizja ciągłego doganiania tych najlepszych w momencie gdy samemu jest się na początku. Chciałabym abyśmy wspólnie podjęli wyzwanie. Ramię w ramię. Bez podziału – bo ja mam tyle, Ty masz tyle.

Dość niedawno zasłyszałam bardzo ważne zdanie, które jak żadne inne mocno utkwiło mi w pamięci. Chciałabym się nim z Wami podzielić i tym samym niniejszy wpis zakończyć. Głęboko wierzę w to, że znajdzie on przełożenie także na Wasze życie.

„Od wieków ludzie obserwując ptaki marzyli by latać, jednak tylko niewielka część z nich nazywana marzycielami realistami miała odwagę by przekuwać swoje pragnienia w rzeczywistość; skutkiem tego – gdy na początku XX wieku powstawał pierwszy samolot inni wciąż czekali na to aż wyrosną im skrzydła”

Życzę Wam, abyście odnaleźli swoje pasje i spełniali marzenia. Bądźcie odważni. Dziś macie Airbusa, jutro możecie mieć cały American Airlines. 

Powodzenia.

eatandlove