W POSZUKIWANIU AUTENTYCZNYCH SMAKÓW

Zwykło się sądzić, że modne miejsca przyciągają wielkie nazwiska w postaci najwybitniejszych szefów kuchni; ma to rzecz jasna stanowić o wysokiej jakości serwowanych dań i gwarantować niezapomniane doznania kulinarne.

Kiedy kilka lat temu odkryłam pasję nie tylko do gotowania, ale także i smakowania, postawiłam sobie za cel odwiedzić wszystkie znaczące warszawskie restauracje, by zdobywaną każdego dnia wiedzę teoretyczną wzbogacać praktyką; krótko mówiąc – nauczyć się smaku potraw przygotowanych w możliwie najlepszy sposób, z możliwie najlepszych składników, przez ludzi którzy są prawdziwymi pasjonatami gotowania. Klucz doboru odwiedzanych restauracji stanowiła liczba pozytywnych recenzji, które można było przeczytać na portalach kulinarnych czy w przewodnikach gastronomicznych, oraz to jak często i jak dobrze się o nich mówiło. I choć w teorii założenia te wydawały się brzmieć rozsądnie, praktyka (szczęśliwie dość szybko) pokazała, że nie zawsze były one trafne. Prawdziwie autentyczny smak odnalazłam zupełnie gdzie indziej.


 MIEJSCA, KTÓRE CIĘ ZASKOCZĄ


BAR ZAKRĘT 

bar-zakre%cc%a8t

Do królestwa gospodyni, Pani Mariny, nie jest łatwo trafić – lokal mieści się w podziemiach jednego z budynków przy ulicy Daniłowiczowskiej 18 (okolice pl. Teatralnego w Warszawie). Na domofonie wybieramy numer 103, a następnie schodzimy do piwnic – nie jest zbyt przyjemnie, tym bardziej jeśli myślimy o tym miejscu w kontekście gastronomicznym. Gdy udaje się dotrzeć do celu – w progu wita nas p. Marina i od razu pyta co zamawiamy. Odpowiedź jest oczywista – pielmieni, podwójna porcja. Po krótkiej wymianie zdań i zapewnieniu, że nie jesteśmy z banku (gospodyni ma niemiłe wspomnienia związane z tą instytucją) zasiadamy do stołu. Woda na kuchence pomału zaczyna wrzeć, więc za kilka minut zaczniemy prawdziwą ucztę podniebienia. Szkoda jednak, że przy okazji nie trafiamy na jedyny w miesiącu dzień, w którym serwowana jest tu soljanka – może następnym razem się uda. Pielmieni zachwycają smakiem, więc zamawiamy jeszcze jedną porcję, tym razem mrożoną, na wynos. Przygotowane w domu smakują prawie tak dobrze jak w barze; brakuje jednak klimatu – ceraty na stołach, plastikowych, ogrodowych krzeseł i donośnego głosu gospodyni nawołującej by odebrać zamówienie.

Więcej informacji – TUTAJ 

 

 

RESTAURACJA STYLOWA  – KRAKÓW 

stylowa

Kraków. Nowa Huta. To właśnie tu znajduje się działająca nieprzerwanie od 1956 roku Restauracja Stylowa. Miejsce to niegdyś odwiedzali przedstawiciele nowohuckiej elity –  inżynierowie, lekarze, nauczyciele – nie bez powodu zresztą; lokal ten zaliczano bowiem do pierwszej kategorii – goście mogli liczyć na pełen asortyment dań kawiarnianych, doborową kuchnię, a wieczorami na organizowane tu dancingi – nie podawano jednak mocnych alkoholi – jedynie bułgarskie wina i koniak.

Dziś, pomimo upływającego czasu, niewiele się zmieniło – jak na standardy PRL’owskie wciąż „jest tu jakby luksusowo”. Poza stałymi bywalcami – rodowitymi nowohutczanami – spotkamy tu liczne wycieczki zagranicznych turystów chcących przenieść się do czasów świetności polskiego socjalizmu. Obsługa składa się wyłącznie z Pań plus 60, co dodatkowo podkreśla klimat tego miejsca.

Karta menu jest dość obszerna, zawierająca klasykę kuchni polskiej. Zjemy tu naprawdę dobrze i tanio – szczególnie warte polecenia są zestawy śniadaniowe, z dań głównych –  żurek.

Toaleta jest płatna: dla klienteli 50 groszy, dla ludzi z zewnątrz 1 zł.

Więcej informacji – TUTAJ

 

KAFANA U ROMANA 

kafana

Aktualizacja: z przykrością informuję, że poniższa recenzja jest już nieaktualna; pan Roman rozstał się ze restauracją.

Na Bałkanach nie byłam nigdy –  nie miałam więc okazji spróbować smaków charakterystycznych dla tego regionu, ani poznać tamtejszej kultury. Kiedy jednak z polecenia trafiam do restauracji Kafana u Romana, czuję jakbym w cudowny sposób właśnie się tam znalazła. Od tego miejsca bije niesamowita autentyczność, a gospodarz rodowity Bułgar – Pan Roman – swoją pozytywną energią zaraża wszystkich dookoła; uśmiech więc nie schodzi z naszych twarzy przez cały wieczór.

Serwowane porcje są ogromne, o czym Pan Roman osobiście informuje przy zamówieniu („nie zamawiajcie zbyt dużo, bo nie zjecie :)”).  Przystawka (dzielona na 4 osoby) oraz osobne dania dla każdego z nas to uczta totalna. Naprawdę trudno zmieścić coś więcej; niektórzy z nas nie są w stanie dokończyć posiłku co okazuje się wielkim, gastronomicznym dramatem – wszystko jest tak pyszne, że żal każdego pozostawionego na talerzu skrawka jedzenia.

Kafana u Romana to miejsce, z którego nie chce się wychodzić i do którego chce się wracać. A o niezwykłej gościnności gospodarza niech świadczy poniższa sytuacja, której byliśmy świadkami:

Chwilę przed 22 do restauracji wchodzi niewielka grupka osób:

[Jeden z gości] – Dobry wieczór….To już zamknięte?

[Pan Roman] – Bardzo mi przykro, ale kuchnia już nie działa…

[G] – Szkoda… to wpadniemy jutro.

[R]- A bardzo głodni jesteście? To Wam chociaż zupy zagrzeję…

Więcej informacji – TUTAJ

 

CASA KRIKE

casa-krike

Na koniec chciałabym opowiedzieć Wam historię pewnej restauracji – miejscu o wspaniałych hiszpańskich smakach i niepowtarzalnej atmosferze. Wyobraźcie sobie gospodarza, który podobnie jak Pan Roman (Kafana u Romana), swą niezwykłą osobowością, otwartością i nieukrywaną miłością do innych ludzi – sprawia, że na twarzy największego ponuraka pojawia się uśmiech. Bo to opowieść o gospodarzu, który na talerzu zostawia swoje serce.

Ilu znacie kucharzy, którzy rezygnują z dnia wolnego i przyjeżdżają do swojej restauracji tylko dlatego, że ktoś oczekuje na paellę, przyrządzaną przez nich osobiście? Ja jednego. Ile zjedliście w życiu dań, o których potem śniliście po nocach? Ja miałam okazję spróbować ich kilkanaście i to w jednym miejscu – do dziś chodzi za mną smak przewspaniałej zupy rybnej, niezwykłych pulpetów z dorsza, rozpływających się w ustach policzków wołowych, czy kontrowersyjnego, ale wyśmienicie przyrządzonego byczego ogona.

I popędziłabym tam w nocy, o północy, gdyby nie to, że ….

właśnie przeczytaliście recenzję miejsca, którego już nie ma. Wiadomość o zamknięciu restauracji dotarła do nas w listopadzie ubiegłego roku. Mimo, iż Pan Krike z nieukrywanym smutkiem informował o swych zamierzeniach kilka miesięcy wcześniej, to jednak zarówno on, jak i my – zakochani w jego kuchni – wciąż mieliśmy nadzieję, że tak się nie stanie.

Wciąż, raz na jakiś czas, przeszukuję internet w poszukiwaniu śladów obecności Pana Krike. Jeżeli kiedykolwiek traficie na jego nazwisko – albo co ważniejsze – informację, że ponownie otworzył restaurację – pędźcie tam jak w dym, nie ważne gdzie by to było. Bo ja pojechałabym za nim na koniec świata.

* * *

Podczas mojej kilkuletniej już podróży kulinarnej miałam okazję odwiedzić wiele restauracji, knajp, barów i kawiarni; wśród których natknęłam się na miejsca o tyle niezwykłe, iż do tej pory ogromną trudność sprawia mi przypisanie ich do którejkolwiek z powyższych kategorii. W przeciwieństwie do innych, modnych restauracji rzadko kto tu zagląda, bo zwykle o ich istnieniu wie niewielu. Są to jednak miejsca, w których nie tylko zjadłam najpyszniejsze posiłki, ale także nauczyłam się czym jest prawdziwa pasja, i że gotować z sercem może także dla ludzi, których się nie zna.

Po tym chyba poznaje się prawdziwe restauracje – że daleko im do błysku fleszy i uwielbienia tłumów, że nie trzeba im zaplecza PR-owego, bez tego są autentyczne, klimatyczne i pyszne.

Szukajcie takich miejsc, bo choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, to właśnie one są prawdziwymi skarbami na kulinarnych mapach miast.

 

eatandlove

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *